kilka w jednym
wrzesień 9, 2009
Lekki rozruch po-zimowy miałem już za sobą, Słońce zaczęło grzać coraz mocniej, a ja poczułem, że w moich żyłach krez zaczyna być coraz bardziej ciepła…hmmm
Umówiłem się z Patrycja (nie do przecenienia “Lukrecja”) że pomaluje mi modelkę – Basię. Sesja w zasadzie była hmmm – trochę na spontanie, trochę na przetarcie zaspanych oczu…ale zrobiliśmy ją.
Co prawda nie załatwialiśmy wcześniej żadnych ubrań, ale jak to często bywa- stylizacja z szafy okazała się niczego sobie….

Pomagał mi w sesji Adam, to potrzymał blendę, co cyknął jakieś foto – klasycznie
Kolejna sesja, o jakiej chciałbym napisać kilka słów, to seja w wesołym miasteczku.
hah!
Wesołe miasteczko! jak to tylko zobaczyłem, od razu wiedziałem ze chcę tam zrobić zdjęcia!!!
Plan był taki, żeby około 17- kiedy słońce jest w miarę wysoko na niebie (w lecie oczywiście) udać sięna miejscówkę, zacząć szukać kadrów i wstrzelić się w czas, kiedy Słońce świeci na złoto…+ kolory z oświetlenia wesołego miasteczka…miało być smacznie.
Dzień przed sesją pojechałem razem z Asiou do projektantki Darii Salomon aka Fanfaronada – po ubrania na sesję.
Modelki to Kasia i Weronika (obie są rewelacyjne, naprawde przyjemnie się z nimi pracuje!!). Dziewczyny tego dnia wystąpiły w podwójnych rolach; zrobiły sobie nawzajem też mejkapy ![]()
Na sesję załapał się również Bartek – feliz oraz Adam.
Zrobiło się z tego “przedsięwzięcie”. Jak to przy “przedsięwzięciach”- mieliśmy spore opóźnienie, i dotarliśmy na wesołe miasteczko około 20.
Ze Słońca już nic nie dało się wycisnąć, ale zaczęliśmy focić.
Kasia z Weroniką – rewelacyjne, oczywiście ![]()
Ja zaatakowałem temat pentaconem i slajdem. Warunki były ciężkie, bo światło mieliśmy z żarówek karuzeli + błysk z softem (do którego była kolejka, więc raczej nie korzystałem z niego).
Kiedy odebrałem slajdy, okazało się, że pentacon nabroił- ponakładał klatki. Na początku byłem wkurzony, ale pooglądałem chwilę te zdjęcia i stwierdziłem ze całkiem fajnie to wygląda…


…chociaż nie był to efekt, na jaki się nastawiałem. Czasu na fotografowanie mieliśmy w sumie 90 minut, bo wesołe miasteczko zostało zamknięte na noc….a na drugi dzień odjechało bawić dzieci w innych miastach…tak że sesji powtórzyć się juz nie dało… Ale było fajnie
sesja dawon temu w wagonie
wrzesień 5, 2009
nadrobie dzisiaj zaleglosci w blogowaniu – o ile sie
Ostatnia zima była dla mnie pod względem fotograficznym niemalże martwa. Strach się było bać marazmu, który mnie ogarnął. Studio stało puste a aparaty biły klatki tylko do prasy. buu
Zmieniło się to zaraz na wiosnę- jak tylko zrobiło się ciepło, zadzwonił do mnie Mateusz i oto co usłyszałem gdy odebrałem połączenie: “Ruszaj tyłek, za 15 minut jedziemy na sesję”.
Jak powiedział, tak też się stało. Po 15 minutach czekał na mnie pod klatką w aucie wypakowanym ubraniami, 1 modelką i wizażystką.
Pomyślałem- klawo.
zasadniczo był to dla mnie mega spontan, do których chyba każdy fotograf w sumie przywykł…
zdjęcia – jak widać+ bekstejdż
szczerze powiem, że obudziło mnie to z zimowego letargu…
Na zdjęciach występują:
Ola Wypych
Mateusz Ligocki
Kasia Konkolowska
oraz suknia od Yuliya Babich
reportaż w filharmonii
luty 24, 2009
To był moj ostatni temat dla gazety.
Koleżanka zapytała mnie, czy moge dla niej cyknac foty z próby orkiestry. Zgodziłem się, a że od jakiegoś czasu rozglądałem się za jakimś tematem- to postawiłem warunek, że musi mi załatwić wejscie na przynajmniej 2 próby.
Udał się to zrobić bez najmniejszego problemu.
Foty do gazety zrobiłem w 5 minut-wiadomo. Zaraz po tym, zacząłem szukać kadrów, witać się z muzykami i zaznajamiać z miejscem. Było nie było- trzeba wiedzieć gdzie da się przejść, a gdzie nie. Nie ma na scenie tyle miejsca, żeby biegać ze sprzętem między grającymi. Z resztą, przeszkadzać tym ludziom w pracy to też żadna frajda.
Zostałem przyjęty zasadniczo dość otwarcie….hmmm Chociaż też z dystansem. Kilka osób nawiązało ze mną rozmowę, inni tylko zerkali na mnie zza nut.
Pierwszy dzień/ próba przyniósł kilka fot, ale widziałem ze i będę musiał przyjść jeszcze raz.
Kolejnego dnia zjawiłem się wcześniej niż poprzednio, chciałem połapać muzyków na papierochach itp…ale niestety nie udało mi się to. Z jednej strony nie wiedziałem gdzie większość osób spędza wolny czas na przerwach, a ci których znalazłem, nie zgodzili się na zdjęcia; nie dało się ich przegadać niestety…
Po rozpoczęciu próby i zebraniu się orkiestry, stałem się odważniejszy i podchodziłem znacznie bliżej grających i dyrygenta niż pierwszego dnia.
Foty dla siebie przetrzymałem troche na kompie-chyba ze dwa tygodnie
Można zobaczyć je tutaj w zakładce “reportaż”.
Oczywiście nie obyło się podczas robienia materiału bez wpadek. Mimo, że bardzo uważałem, upuściłem na podłogę delielek od obiektywu. Jak to bywa w takich przypadkach, poodbijał się wesoło ze strasznym hałasem i poturlał daaaleeeekoooo pod fortepian. hmmm Nikt grać nie przestał, ja się otrząsnąłem, i dalej robiłem zdjęcia.
barki są fajne, wały chrobrego też
luty 18, 2009
Październik? Listopad? nie pamiętam dokładnie, ale jedno jest pewne, było zimno.
To była chyba pierwsza sesjsa z wizażystką Patrycją; tzn. taka, z której przyniosłem foty. Wcześniej byliśmy na sesji, ale jako że postanowiłem zabrać wtedy ze sobą tylko mamiye (ktorej jeszcze dobrze nie znałem) to nie zrobiłem ani jednego zdjęcia. Jak się okazało- na aparacie był przestawiony jeden malutki przełącznik, który wprowadzał aparat w taki dziwny tryb pracy (szczęście że inni foto zrobili focie- ja w zasadzie byłem tam na doczepkę)….Grunt że w “zaprzyjaźnionym” nieco labie nasłuchałem się…ech…i do tej pory jak u nich wołam jakąś kliszę, to mi wypominają tamta wpadkę.
Wracając do sesji na barkach i Wałach Chrobrego;
Umówiliśmy się na 10 rano-jak zwykle- na mejkap. Dla mnie jednak dzień zaczął się o wiele wcześniej. Swoją drogą nie wiem jakim cudem zawsze, ale to zawsze jak mam jakiś ścisły termin, to tuż przed nim wypada mi milion rzeczy do zrobienia. Tym razem musiałem pójść do studio po blendę. A powiem tutaj, że studio było kawał drogi od centrum-zero tramwajów, zero autobusów- trzeba było niestety na piechotę zasówać. Miałem do tego jeszcze masę sprzętu…hmmm może nie “masę”, ale za to ciężkiego i co najgorsze- nieporęcznego (m.in. kiecę dla modelki). Spieszyłem się bardzo, klnąłem pod nosem, ale niwiele mogłem poradzić na swoją sytuację, poza szybszym przebieraniem nogami- i na tym się skupiłem.
Kiedy dotarłem do Patrycji, reszta ekipy już tam była. Zaczęli już nawet robić mejkap. Mogłem sobie odpocząć.
Uwielbiam ten etap przygotowań do zdjęć. Z regóły sprowadza się on do picia kawy, słuchania muzyki i patrzeniam na to, jak P. pracuje. Otóż po wstępnym ustaleniu jak ma wyglądać makeup, fotograf pracujący z Patrycją nie ma zasadniczo jakoś wiele do roboty; modelka w jej rękach jest absolutnie bezpieczna

Ten czas schodzi też na jakieś tam ostateczne przygotowania; zakładanie klisz itp

Po uporaniu się z kliszą, nadchodzi chwila na “poleżenie”, potem “popicie kawki” potem znowu “poleżenie”-w tym czasie Krzysiek (“gewof”-drugi fotograf) pierdzielił jakieś głupoty, jak zwykle. Zasadniczo niewiele więcej mogę o tym etapie powiedzieć, bo z mojej strony cechowała go błoga bezczynność. Teraz mam w to większy wkład, ale też niewiele. Tak to czas leciał, aż dziewczyny oznajmiły, że mejkap oraz fryzura są gotowe. Kolej na mnie-do roboty.
Po udaniu się na miejsce pleneru, pierwsze co miało miejsce, to stwierdzenie, że jest cholernie zimno. Było naprawdę nieprzyjemnie. Widząc Asię (modelka) jak zdejmuje płaszcz i odsłania gołe ramiona, obiecałem sobie, że to będzie szybka sesja.

Na zdjęciu od lewej: Krzysiek (gewof) Asia i Patrycja.
Początek był średni hmmm Starałem się jednocześnie jakieś kadry w okolicach przystani barek wykrzesać, jednocześnie co chwila podając Asi kurtkę. Co ciekawe, nikt nie zwrócił nam uwagi, że biegamy po tych łajbach. Tutaj zaznaczam, że naprawdę chciałem o zgodę poprosić, ale nie było kogo. Ciężko się pracowało, zadowalających efektów w postaci klatek niewiele…Z poczuciem niedosytu i z racji temperatury- w miarę szybko doszliśmy do wniosku, że należy zmienić miejscówkę. Udaliśmy się na wały. Zdjęcia z tej sesji są w zakładce “moda”
Wyrobiłem sobie już absolutną obojętność na to, co dzieje się do okołoa podczas fotografowania, wiec nie przejmowałem się zbytnio faktem, że Wały Chrobrego to chyba jedno z najintensywniej obleganych przez turystów i fotopstryków miejsce w Szczecinie.1
Nie miałem na początku konkretnego pomysłu na foty- poza jedną, którą nosiłem w głowie już od dłuższego czasu. Tutaj naświetlę nieco sytuację; suknia, którą mi pożyczono na sesję, okazała się nie być ani trochę podobna w kroju do tego, co miałem dostać. Koncepcja fot zasadniczo padła, trzeba było kombinować na szybko. Było jednak tak zimno, że ciężko było w ogóle myśleć i obsługiwać aparat (szczególnie mamiya-zrobiona w całości z metalu, który bardzo szybko łapie nieskie temperatury).

(Oczywiście nie zmienia to faktu, że do tej pory jest to aparat, który przynosi mi największą radochę z focenia.)
Sesja i tutaj nie trwała zbyt długo. Robiło się ciemno, nosy mieliśmy czerwone, zapał do pracy wyparował. Wspomonam ją jednak dobrze. Kilka fajnych fot+ duzo luzu i dobrego chumoru.



1 Podczas robienia sesji “barokowo” przydażyła nam się dość zabawna historia- Asia był ubrana w tą wielką suknię z epoki, więc przykówała uwagę przechodniów…niestety- padło tak, że między mijającymi nas ludzmi pojawiła się parka z aparatem. Echhhh Co za koszmar. Ta dwójka dosłownie śledziła nas przez dobre 400 metrów. Nie wiem czy chcieli popaterzec jak focą inni, czy chcieli przyłączyć się do sesji (taka sytuacja z kolei zdażyła się przy innej sesji…), grunt, że udało nam się ich zgubić po wejściu do budynku muzeum. Chcieliśmy wejść na taras widokowy i tam porobic kilka foci. Okazało się, że droga na ten taras jest strasznie męcząca. Kilkaset stopni, bardzo wąskie klatki schodowe, kręcone schody. Najgorsze było to, że po dotarciu na miejsce przekonaliśmy się, że nic nie da rady tam fajnego zrobić. Spotkaliśmy tam za to ciekawego “jegomościa”. Pracował tam pan, którego zadaniem było (chyba) pilnowanie, żeby nikt nie skoczył przez barierki na tarasie… Samotnie spędzał tam pewnie całe dnie, słuchając jedynie radia.
pstrykacz gazetowy
luty 12, 2009
Kto sie kiedyś zastanawiał jak to jest pracować w gazecie?
Kto chciał być fotoreporterem?
Kogo jara wolny zawód?
Kto myśli że to jest mega fajne?
Z autopsji powiem tak- różne to bywa. Nie powiem, bywa bardzo zabawnie, bywa bardzo wesoło (tak jak na filmach o wesołej gromadce reporterów i kawałach, które sobie na wzajem >>wykręcają<<…[ach te szalone, sztubackie wybryki]), ale bywa też mało różowo.
Dzisiaj popiszę trochę o momentach, które wypadły z zakamarków mojej pamięci i stanęły mi przed oczami- ot tak, bez przyczyny.
Całkiem już dawno temu, podczas strajku stoczniowców, wysłali mnie na materiał (czyli po zdjęcia). Powiem tak…Atmosfera była fajna (jeśli można tak w ogóle mówić mając do czynienia z 2 tysiącami protestujących w obronie swoich miejsc pracy ludzi) z punktu widzenia fotoreportera; jakaś akcja, dzieje się coś ważnego, masa ludzi, przemarsz środkiem miasta, race, wybuchy wielkich petard pod nogami, ciągła wrzawa i koszmarny hałas generowany przez stoczniowców…a ja w samym środku tego wszystkiego. Jedno jest pewne, to nie fotografia ślubna heh
Hm – w tym miejscu muszę zaznaczyć, że przez całe 2-3 godziny trwania przemarszu, lało jak z cebra. Zmienianie obiektywów stało się sprawdzianem zręczności i pomysłowości (taki test na unikanie wody, która jest wszędzie), wymyślaniem sposobów rozgrzania zgrabiałych dłoni i jednoczesnego szukania kadrów. Woda z nieba lała się niemalże nieprzerwanym strumieniem i choć miałem kurtkę – wiatrówkę (ponoć wodoszczelną) to przemokłem do suchej nitki. Mój aparat też niestety dostał swoje. Zaparowały od środka oba wyświetlacze. Myślałem, że sprzęt tego nie przeżyje…ale jednak (uffff).Zrobiłem kilka fajnych zdjęć, po czym udałem się do redakcji je oddać. Na temacie była jeszcze dwójka dziennikarzy z mojej gazety (kolega z kamerą i reporterka). Mimo faktu, że przemokliśmy, mieliśmy naprawdę niezłe humory. Najlepszym na to dowodem jest fakt, iż ten materiał wspominam bardzo dobrze.
Po powrocie do redakcji i podłączeniu się do wiecznie-nie-działającego-czytnika-kart, dobrzy koledzy zaproponowali suche T-shirt`y firmowe. Hmmmm było nam zimno, więc zbytnio nie wybrzydzaliśmy….

A tutaj w przebraniu heh
No cóż…heh
Następna rzecz jaka dobrze wspominam- to akcja metamorfozy. Polega to na tym, że losuje się kobietę spośród czytelniczek wysyłających do nas smsa, po czym zabiera na cały dzień >zabiegów< upiększających (nowa fryzura, mejkap, wizyta u stylisty). W tym czasie co jakieś 15-20 minut trzeba cyknąć focię. Wiadomo- dokumentacja procesu metamorfoz musi być. Powiem szczerze, temat rewelacja. Przez jakieś 5-7 godzin mam spokój; nikt nie dzwoni, nie zleca tematów, nie trzeba latać po mieście. Poza tym- oczywiście- kawka, ciasteczka i sporo wolnego czasu, który jakoś stara się człowiek urozmaicić i wciągnąć w to innych:




Ciasteczek na zdjęciach nie mam. Mam za to foty o wiele bardziej kompromitujące moich współtowarzyszy, ale że mam dobre serce…
Kolejna fajna sprawa związana z pracą w mediach jest taka, że można wejść tam, gdzie nikt inny nie wejdzie.
Taką imprezką np. był zlot “super-furek-za-straszną-kasę”

Było tam samochodów tej klasy ze 20. Oganizatorzy strasznie się o nie bali, do tego stopnia, że jak robiliśmy im zdjęcią, to zwracali uwagę, że nasze akredytacje zwisające na smyczach mogą dotknąć lakieru…..
Wybaczyłem organizatorom ten nadmiar czułości w stosunku do samochodów, gdy okazało się, że czeka dla prasy kawa, oraz….tak, ciasteczka (jeżeli spędza się na nogach calutki dzień, to tego typu drobiazgi baaardzo cieszą). Hmmm Popiszę może kiedyć nieco o tej pracy. Na dzisiaj koniec.
fotoreporter
luty 11, 2009
A o czym będzie? A o fotografii. Mało konkretnie? hmm Będzie więc o mojej fotografii, pracy, pasji itp itd.
Co prawda to, dokąd idziemy jest nierozerwalnie związane z tym skąd, przychodzimy…ale nie będę tutaj publikował pamiętnika, będę raczej opisywał różne wydażenia-więcej, lub mniej znaczące, ale dla mnie ciekawe.
Pierwszy wpis będzie więc o fotoreportażu, na jaki zabrał mnie kolega po fachu. Zdarzyło się to w grudniu 2008, w niewielkiej mieścinie w północno-zachodniej Polsce (tajność miejsca uzasadniona- kolega jeszcze nie skończył tematu i będzie tam wracał – co najmniej raz- w przyszłym roku. Była to Wigilia ukraińskiej mniejszości narodowej w Polsce.
Piszę o tym temacie dlatego, że po raz pierwszy (mimo pracy w gazecie) poczułem fajny klimat związany z pracą fotoreportera. Naprawdę, realizacja takiego wyjazdowego tematu ma się tak do pracy w gazecie, jak dobre wino do najtańszej wódki; ciężko porównywać. Inna sprawa, że ten temat otworzył mi szerzej oczy na kwestię szukania tematów. Tak, tak. Poszukiwanie ciekawych tematów nie jest wcale łatwe. To nie jest tak, że fotoreporter “spaceruje ulicami miasta i pstryka foty, a jak coś pstryknie to leci do redakcji, wpada do niej razem z drzwiami i krzyczy w niebogłosy-MAM MAM MAM” (swoją drogą spotkałem się z ludźmi, którzy żyją w takim przeświadczeniu). Dobry temat (nie chodzi tutaj o wojny, kataklizmy itd) to taki, który istnieje koło nas, żyje sobie własnym życiem, często jest tak oczywisty, że aż nikt go nie widzi….poza fotoreporterem. Tutaj tak naprawdę tkwi sedno fotoreportażu (poza jakością wykonanych zdjęć), bo jeżeli uda się wtopić w sytuację, miejsce, wmieszać między ludzi i stać się dla nich w miarę niewidocznym, wówczas można opowiedzieć ich historię. Opowiedzieć nie na zasadzie natrzaskania 100 mało wymownych zdjęć, ale raczej kilku prac oddających klimat miejsca. jeżeli istnieje taka ochota, to zobacz zdjęcia z tematu
Opowiem w skrócie, jak wyglądał ten wyjazd.
Najpierw pociąg

potem PKS, potem marsz. Po dotarciu na miejsce szybki kontakt z najważniejszymi osobami (czyli dyrektor placówki, pożniej ksiądz); co jest bardzo ważne, trzeba trochę z tymi ludźmi porozmawiać. Nie ważne o czym. Trzeba się zaprezentować, przełamać lody, pokazać, że nie przyjechało się w jakiśch zdrożnych celach.
Później szybki obchód okolicy, jakieś poszukiwania kadrów.

Zmarzliśmy, więc wrócilićmy do placówki, w której miała odbyć się cała uroczystość, oraz w której mieliśmy zaplanowany nocleg. I spotkała nas miła niespodzianka: cieplutki obiad. Dopiero w momenci, kiedy zabraliśmy się za ciepłego kotleta poczuliśmy jak bardzo było nam zimno. Obiektywy zaparowały od różnicy temperatur, kotlety zniknęły.


Później zaczęliśmy przygotowania do realizacji zdjęć i ruszyliśmy do cerkwi (wiadomo, obiwesiliśmy się sprzętem-chociaż to były raptem po 2 aparaty na głowę, to z pewnością dla większości osób, którym robiliśmy zdjęcia, wyglądaliśmy bardzo obco i podchodzili do nas z nieufnością).
Mi samemu sprawiło wielki problem fotografowanie w czasie mszy. Naprawdę ciężko się przełamać żeby w czasie odprawiania nabożeństwa wyjść przed wszyskich, podnieść obiektyw i walnąć fotę księdzu- jak dla mnie graniczy takie zachowanie ze świętokradztwem…ale przełamałem się w końcu. Przecież nie przyjechałem tam po to żeby tych ludzi krzywdzić, tlyko żeby ich pokazać. Pokazać jak wyglądają, pokazać zarys ich inności ich kultury i obyczajów – która swoją drogą jest naprawdę piękna.

Następnie zaraz po cerkwi postanowiliśmy zaznajomić się z naszą kwaterą….i okazało się, że jest problem. Czy to ktoś zapomniał, czy ktoś przeoczył-okazało się, że nie ma już dla nas w placówce miejsc. Co ciekawe, nocleg zaproponował nam ksiądz. Tak się składa, że właśnie skończyła się budowa bazy pielgrzymkowej przy plebani i mogliśny tam spędzić noc. Zasadniczo- bardzo mnie to ucieszyło. Perspektywa czekania całą noc na pierwszy PKS w jakimś obskurnym barze przy tanim piwie zasadniczo była całkiem pociągająca….tyle, że mieliśmy sprzęt na który ciężko i dłuuugo pracowaliśmy i gdyby cokolwiek się z nim stało- mielibyśmy wielki problem.
następnym etapem była już sama Wigilia i focenie jej. Znowu dostaliśmy miejsce przy stole. Ludzie po jakimś czasie zaczęli znami rozmawiać, żartować-udało nam się wkupić w ich towarzystwo. Już nie rzucali podejrzliwych, czy nieufnych spojrzeń. Już było ok. Mogliśmy spokojnie pracowac…



















